Rozdział Pierwszy
Rozdział pierwszy
We dworze Malfoy’ów jak zwykle było wielu śmierciożerców.
Voldemort ostatnimi czasy był rozdrażniony i wyżywał się na wszystkich za byle co.
Nie odbiegało to jednak od jego zwyczajnego zachowania, więc nikt za bardzo się tym nie przejmował.
Draco właśnie podszedł do Voldemorta.
- Panie, chciałbym z tobą porozmawiać. Rzekł.
Voldemort niehętnie odwrócił w jego stronę głowę.
Draco nie wiedział jak powiedzieć to czarnemu panu, dobrze wiedział, że zginie, jeśli to uczyni.
- Panie. Zaczął.
Chciałbym, Chciałbym…,Chciałbym zrezygnować ze służby u ciebie. Wypalił w końcu.
Voldemort wyciągnął różdżkę i wycelował ją w Malfoya.
- Crucio!
Chłopak upadł na podłogę wijąc się z bulu.
- Panie. Wykrzyknęła Narcyza, padając przed swoim mistrzem na kolana.
- Odejdź!. Powiedział Voldemort i Brutalnie odepchnął ją od siebie.
- Panie. Mówił Lucjusz.
- Wybacz naszemu synowi, jest taki młody, taki niedoświadczony.
- Lucjuszu. Zaczął Voldemort.
- Zapomniałeś chyba, że ja nigdy nie wybaczam, a twój syn okazał się tchurzem i nie jest godny tego, aby być w szeregach śmierciożerców.
Tymczasem Draco leżał wijąc się w agonii.
- Panie, wybacz, błagam, nie opuszczę twoich szeregów i będę twoim najwierniejszym sługą. Powiedział, gdy Voldemort osłabił na chwilę działanie zaklęcia.
- Jestem chyba zbyt łaskawy. Powiedział czarny pan patrząc na Malfoy’a
- Wybaczę ci, ale tylko dlatego, że mam nadzieję na to, że twoje zachowanie się poprawi, jeśli nie, to następnym razem cię zabiję.
- Panie! Do tej rozmowy wtrąciła się Bellatrix.
- Uważam, że Draco już diś powinien ponieść zasłużoną karę. Powiedziała, wyciągając różdżkę.
- Nie, Bellatrix, dam mu tylko jedną szansę, tylko jedną, ostatnią.
Lestrange schowała różdżkę z wyrazem zawodu na twarzy.
- Dzięki ci panie. Powiedział Draco.
- Nie dziękuj. Odparł Voldemort i gestem nakazał Draconowi odejść.
Po kilku godzinach w dworze Malfoy’ów zjawił się Snape.
- Jakieś nowe wiadomości? Zapytał Voldemort.
- Nie. Odparł Snape.
- Bellatrix! Zawołał czarny pan.
Lestrange natychmiast zmaterializowała się przed nim.
- Tak, panie? Zapytała.
- Wiesz co masz zrobić. Powiedział Voldemort, przekazując jej swój rozkaz, który Bellatrix odczytała za pomocą legilimencji.
Oczywiście. Odpowiedziała, wyciągając różdżkę i celując nią w Snape’a.
- Sectum sempra. Krzyknęła, a na ciele Snape’a pojawiły się rany, z których obficie trysnęła krew.
- Panie, za co to? Zapytał Snape.
- Za to, że nie wywiązujesz się z obowiązków. Odrzekł Voldemort i zostawił Snape’a w takim stanie.
Po upływie pół godziny znów przywołał do siebie Bellatrix.
- Zdejmij z niego zaklęcie. Powiedział, a Bellatrix odeszła kłaniając mu się nisko.
Snape wyszedł, przysięgając czarnemu panu, że gdy zjawi się tu następnym razem to będzie miał lepsze wieści.
Voldemort nie był dziś w dobrym humorze, siedział ciągle w swoim pokoju, to znaczy w pokoju, który zajmował we dworze Malfoy’ów.
Po wizycie Snape’a czół się jeszcze gorzej, miał świadomość tego, że nie będzie mu tak łatwo pokonać Pottera.
Jednak Voldemort nie myślał o tym długo, ponieważ po raz kolejny zaczął pocieszać się myślą, że jest nie pokonany.
Ten fakt zawsze dodawał mu otuchy, nawet w chwilach takich, jak ta.
Nagle usłyszał pukanie do drzwi.
- Wynocha, kto kolwiek to jest! Wrzasnął.
A była to Bellatrix, nie spodziewała się, że jej pan może ją tak potraktować, zazwyczaj była przez niego przyjmowana, ale dziś było inaczej.
Odeszła do swojego pokoju.
Sama nie wiedziała, co ma o tym sądzić, ale nie śmiała pytać swojego pana, co się dzieje.